środa, 18 marca 2015

A japy się nie cieszo

Koncert to najlepszy sposób na weryfikację talentu artysty. Najlepsza metoda, by sprawdzić, jaki ma stosunek do własnych słuchaczy, jak traktuje swoją „pracę” i ile daje z siebie ludziom na scenie. Staram się weryfikować moich ulubieńców przy każdej możliwej okazji i większość z nich wypada bardzo dobrze. Niestety po piątkowym koncercie w poznańskim Eskulapie Kuba Knap ostro spadł na mojej prywatnej liście superanckości.



Pierwszy kawałek Knapa, jaki dane mi było usłyszeć w życiu zrobił na mnie dość duże wrażenie. Od bitu po tekst, wszystko grało idealnie. Oprócz wszechobecnego w piosenkach Knapa motywu chlania i palenia, Łajz lajf miało coś więcej. Jakiś przekaz, mądrość, nazwijcie to jak chcecie, ale coś tam się kurcze kryło. Nieznana moc, której nie odnalazłam w jego najnowszej płycie. Pierwsze przesłuchanie Lecę, chwila, spadam i myśl — spada, cholernie spada.

Ogarniam, że taki jest jego styl, specyficzny leniwy podkład, czilowanie z blantem popijanym Perłą. Jednak chyba za bardzo się w tym zapętlił. Te wszystkie nuty topią się w alkoholu, ale i sam Knap zaczyna się w nim topić. "Jak zwykle — jointy, wóda, piwo, kace i luźne refleksje. Bo palę gible, piję Perłę, rapuję tylko o tym bo w sumie nie robię nic więcej." Rapuje jeszcze o tym, że rucha (za przeproszeniem). Ale kit wie, z jakiej racji te panny rzucają mu staniki na koncertach. Na tak słabych koncertach. Mnie by było żal takiego ładnego biustonosza, tym bardziej że był słusznych rozmiarów i naprawdę miał co nosić. Chyba że to też była część inscenizacji. Jak te ludzkie małpy skaczące po scenie.

Nie tylko teksty są okraszone alkoholowo-marihuanenowymi motywami. Sam Kuba K. wydawał się nimi znacznie okraszony, kiedy zaczynał koncert. "Jestem tak skuty, że mojego lewego oka nie ma" - raczej nie tylko lewego. Z każdym kolejnym kawałkiem odpuszczało mu zaćmienie zielenią i wydawało się, że idzie ku lepszemu. I może nawet by się nie wydawało, a było rzeczywiście, gdyby nie te wstawki między jedną a drugą nawijką. Serio? Dialogi Knapa, Emila G i DJ-a jakiegoś tam były jak z rozdania Telekamer, coś typu: „-ej ziąą, ale dzisiaj szalejesz z tym skreczowaniem. -Heheh. No, taki jestem super”.

Sztuczne szaleństwo na scenie i przez to sztuczne emocje płynące ze sceny. Tak to odebrałam. Bo dla mnie dobry kontakt z publicznością to coś więcej niż poproszenie ich by krzyczeli „wow” czy „miau”, aby refren dobrze się prezentował. Albo wnosisz swoją osobowość i roznosisz nią salę, często nawet nie mówiąc nic, albo wkuwasz teksty żeby być śmiesznym, a jedyne co roznosisz to rozczarowanie.

Ile razy nie podchodziłabym do baru to wciąż byłam za mało dziabnięta by spodobał mi się koncert. Do tego standardowo nagłośnienie w Eskulapie do dupy i standardowo ktoś oblał mnie piwem. I nie było opcji, żebym nie narzekała całą drogę do domu jak bardzo mi niedobrze z tym, co widziałam i słyszałam. Oczywiście z tym, co widziałam i słyszałam, zanim na scenie pojawił się W.E.N.A.

WuDoE - szaleństwo. „Cytrynówka w moich kubkach, THC w bibułkach, Poznań na koszulkach, ja zostaję tu do jutra”. A Knap... na razie z tych cytryn nie potrafi zrobić nawet lemoniady. Nie ta liga.


W.E.N.A. + Kuba Knap
13.03.2015
Eskulap
Poznań


0 komentarze :

Prześlij komentarz

Podoba Ci się ten wpis? Podziel się tą wiadomością z innymi.
Polub, udostępnij, napisz komentarz, podaj dalej!